Tag Archives: strach zżera duszę

Angst essen Seele auf!

Pierwsze zetknięcie z filmami Rainera Wernera Fassbindera może być bolesne, zwłaszcza jeśli los fassbinderowskiego neofity skazał nas na oglądanie Gorzkich łez Petry von Kant (72’) jako pierwszych z kolei. Pamiętam doskonale duszną, jeszcze cieszyńską atmosferę retrospektywnych pokazów, poprzedzonych niedorzecznymi improwizacjami studentów wydziału aktorskiego z Łodzi oraz manierycznymi zapowiedziami pana Małeckiego, który skutecznie grał widzom na nerwach, doprowadzając wielu do ataków duszności w nieklimatyzowanej sali polskiego teatru po czeskiej stronie. Było upalne lato 2004 roku. Dałam się jeszcze namówić na obejrzenie Marthy (74’) i powiedziałam sobie: stop.

Przyznaję, przygniotła mnie manieryczność, teatralność, przerysowana gra aktorek i jakieś ogólne filmowe niechlujstwo bijące z tych filmów. Podobne odczucia powróciły w zeszłym roku, kiedy na spokojnie, w intymnej atmosferze domowej postanowiłam obejrzeć w końcu Querelle (82’). Tym razem zostałam przygnieciona nieznośną (nawet jak na moje nerwy) gejowsko-pompatyczno-cukierkową konwencją – nie pomogła proza Geneta jako baza scenariuszowa, nie pomogła rola Jeanne Moreau. Uznałam, że Fassbinder po prostu nie jest dla mnie: w tej dręczącej pięciolatce swój udział miała jeszcze Chińska ruletka (76’). Dlatego kiedy kilka dni temu mój mąż zaproponował powrót Rainera na salony, jęknęłam z bólu” „Tylko nie to!”

Był tylko jeden, najprostszy atraktor w postaci tytułu: Strach zżerać duszę (Czy komuś nie zżera? A jeśli tak, to lepiej zobaczyć najpierw jak zżera innym, zanim sami się do tego przed sobą przyznamy). Trudne doświadczenia hartują, więc potulnie zasiadłam w fotelu, spodziewając się, że po pół godzinie skapituluję i tradycyjnie powiem: dość.
Tymczasem Strach zżerać duszę to być może jeden z tych filmów, od których powinnam rozpocząć niemiecką przygodę z Fassbinderem. Historia jest banalna: pada deszcz, samotna owdowiała sprzątaczka po sześdziesiątce wchodzi przypadkiem do baru, w którym oprócz obdarzonej wielkim cycem, niemieckiej postawnej barmanki są sami Marokańczycy. Siada przy stoliku, zamawia colę i z bólem doświadcza w pełni swojej starości, wyobcowania, nieadekwatności. Wszystko się zmienia, kiedy do tańca prosi ją piękny, postawny Ali: idealne wcielenie czarnoskórego kochanka. Poczciwa starsza pani jest skonsternowana, kiedy Ali odprowadza ją do domu, nocuje u niej, a w końcu bez wstydu i winy, idzie z nią do łóżka. Oczywiście pani zakochuje się w Alim bez pamięci, chciałoby się powiedzieć, że wręcz rozkwita, niczym stara jabłoń, która tuż przez śmiercią potrafi się obsypać jeszcze kwieciem. Co więcej: sytuacja jest doprowadzona do absurdu: starsza pani wydaje się za mąż za pięknego Alego, wierząc, że jej miłość znajdzie zrozumienie. Ale jest inaczej: sąsiadki z bloku są oburzone (chociaż przebierają nogami, żeby zajrzeć sąsiadce pod kołdrę), sklepikarz odmawia obsługi jej nowego męża, własne dzieci zrywają z nią stosunki (syn nie wytrzymuje napięcia i bezsilnie mści się za to klasowe upokorzenie, w furii masakrując telewizor), a koleżanki z pracy odmawiają wspólnego spożywania posiłków w otoczeniu kobiety, której postawa nie mieści się w ramach niemieckiej przyzwoitości Nie przez przypadek akcja filmu rozgrywa się w Monachium). Starsza pani jest w rozpaczy. Starsza pani szaleje. Starsza pani płacze. Starsza pani w końcu dostrzega, że w nikim nie znajdzie wsparcia ani akceptacji. Fassbinder użył do opowiedzenia tej gorzkiej historii realistycznej konwencji, ale świetnie ją przełamał: do połowy filmu wszyscy są źli, a od połowy wszyscy są dobrzy.

Cudowna zmiana klimatu następuje w momencie, kiedy starsza pani wraca z długich wakacji spędzonych wraz z mężem. Nagle wszyscy, jak za dotknięciem różdżki, akceptują Alego: Ali dobry, Ali piękny, Ali uczynny, Ali pożyteczny, Ali uczciwy. Ale Ali ma depresję: zaczyna zdradzać starszą panią z postawną, cytatą, wolną barmanką, męczy go adoracja i podziw sąsiadek, z trudem podaje ręce synom swojej starej żony. Ali ucieka, Ali się dusi, Ali jest nieszczęśliwy – jemu też strach zżera duszę. W finale, kiedy starsza pani prosi go do tańca, kiedy wyznają sobie ponownie miłość i wszystko może się jeszcze odmienić, Ali pada rażony atakiem choroby. Mimo tak prostej, wręcz schematycznej fabuły Strach zżerać duszę jest świetnym filmem o hipokryzji, o nietolerancji, o strachu przed Innym, wreszcie o miłości. Po obejrzeniu tego filmu, przypomniał mi się film zupełnie inny, ale działający na zasadzie idealnego dopełnienia: Szczęście Agnes Vardy. Oba filmy można zafundować sobie leczniczo jako idealny zestaw problemowy na nasze schorowane dusze, toczone wewnętrznym robakiem strachu, obaw i smutku.