Strzały z WFF: Der Kameramörder

„Morderca z kamerą“ to niemal idealny filmowy instruktaż pt. „Jak kadr po kadrze spieprzyć thriller“. Trzeba przyznać, że na początku jest nadzieja, że tak się jednak nie stanie, ponieważ reżyser Robet Pejo uzbroił się we wszelkie możliwe atrybuty gatunku: jest zatem piękny dom na odludziu, jest malowniczy krajobraz na pograniczu Austrii i Węgier, jest kameralnie, a na początku nawet sielankowo. On jest architektem, ona jest młodsza i właśnie okres spóźnia jej się o trzy dni, w pobliskiej stodółce rodzą się małe kotki, a para głównych bohaterów chętnie uprawia seks na kuchennym blacie, kiedy w tle trąbią już zniecierpliwieni goście. Nawet pierwszy wspólny spacer czwórki przyjaciół jest jeszcze pełen napięcia: groźnie szumią szuwary, należycie wieje wiatr, a w trawie leży porzucony czerwony, dziecięcy kaloszek. No i właściwie od tego momentu czyli mniej więcej w piętnastej minucie zaczynamy brnąć w nieznośny banał i podrzucanie widzom nachalnych tropów. W okolicy zaginęła trójka węgierskich dzieci. Bohaterowie właściwie się tym na początku nie przejmują za wyjątkiem dziewczyny architekta, która w filmie prezentuje typ młodej, wrażliwej społecznie i zaangażowanej w sprawy lokalnej społeczności mieszkanki (Węgrzy dostarczają jej drewna do kominka). Niestety akcja zaczyna się zaplatać jak niestrawne bajgle: przyjaciel architekta przypadkowo ogląda w internecie film nakręcony w okolicy, który pokazuje jak morderca goni trójkę dziatek (widzi tylko początek bo serwer jest przeciążony). Potem ten sam film pokazuje lokalna telewizja (tu już widać więcej, ale tylko do połowy). Potem ktoś morduje kocięta i wszystkim gwałtownie siada nastrój bo okolica jest intensywnie przeszukiwana przez policję a helikoptery, które krążą nad domem nie pozwalają przyjaciołom konsumować śniadań i obiadów na gustownym tarasie. Do tego dochodzą jeszcze bardzo skomplikowane relacje międzyludzkie: parze gości nie układa się w małżeństwie, nasz architekt był kiedyś z żoną przyjaciela, czego widz domyśla się już w pierwszej minucie filmu, ale partnerka architekta dopiero w trzydziestej. I to jest właściwie jedyna konsekwentnie przeprowadzona rzecz w tym filmie: widz już dawno wie co się wydarzyło i kto to zabił, ale bohaterowie wciąż myślą. I od tego myślenia bohaterów zamiast groźnie, robi się śmiesznie. Oczywiście o żadnym suspensie nie ma mowy. Jest tylko irytacja, że reżyser robi z nas kretynów, którym wszystko trzeba podtykać pod oczy: białe tenisówki mordercy, nachalne wyliczanki mordercy, odwracanie podejrzeń od mordercy, itp. Reżyser chciał przez ten film wyrazić tezę, że ludziom, nawet najbliższym, ufać nie należy, bo nie wiadomo do czego są zdolni (są zdolni nawet do zbrodni, nawet na dzieciach, ale jak wiadomo tej bolesnej prawdy o bliskich najlepiej dowiedzieć się jak najpóźniej)

Na temat odkrywania tajemnic partnera/kochanka/kochanki/przyjaciela/męża/żony nakręcono już sporo filmów. Ale mam wrażenie, że reżyser ich nie widział. Nie rozumiem też kariery festiwalowej tego filmu. Może selekcjonerów zaczarowała modernistyczna architektura domu, a może uwiódł magiczny krajobraz pięknego rozlewiska pełnego wysokich trzcin?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s