Prosty film o miłości?

3000_1Im dłużej myślę o filmie Nothing Personal, tym bardziej mi się podoba.
Może dlatego, że ostatnio mniej zaczęły mnie pociągać barwne zabiegi formalne, tak jak w filmie Castro, z którego po prostu wyszłam, a bardziej sama historia i to, co zdarza się między bohaterami?
Nothing personal to film opowiadający o pewnej międzyludzkiej utopii. Punkt wyjścia jest wręcz bajkowy: jest Ona – młoda piękna dziewczyna, która likwiduje swoje dotychczasowe życie w Amsterdamie i wyrusza w samotną podróż po Irlandii. Jest On, owdowiały samotnik, w domu na końcu świata. On jest stary, Ona młoda. Spotykają się przypadkowo. On oferuje jej pracę w ogrodzie, przy zbieraniu wodorostów, sprzątaniu domu – w zamian za wikt i opierunek. Ona się zgadza. Oboje są jak zdziczałe, a może bardzo zranione zwierzęta – za wszelką cenę nie chcą nic o sobie wiedzieć, trzymają się uparcie zakazu mówienia o swojej przeszłości, chorobliwie pilnują granicy osobistego terytorium; zgodnie z założeniem: nic osobistego.
Reżyserka podkreśla, że to przede wszystkim film o dwójce ludzi dramatycznie broniących swojej niezależności. Ale czy nie jest to jeszcze jedna próba opowiedzenia na nowo tej samej, starej historii o miłości, która rodzi się wbrew, na przekór, mimowolnie? Bohaterowie filmu bronią się przed nią, ale właściwie to udają, że się bronią: w rzeczywistości szukają jakiegoś tropu, śladu – grzebią w swoich rzeczach, znają swoje imiona, chociaż ich nie wypowiadają. On udaje się nawet do Amsterdamu, żeby obejrzeć jej stare mieszkanie. Wkładają więc wiele wysiłku, żeby się poznać, chociaż oboje się do tego nie chcą przyznać. Konwencja, na którą się kiedyś umówili stopniowo zaczyna im przeszkadzać. W końcu oboje zaczynają ją rozciągać i naginać do swoich potrzeb.
102399-nothing_personal_341x182Dlatego uważam, że Nothing Personal nie jest wcale filmem o dwóch niezawisłych, broniących do upadłego własnej suwerenności jednostkach, tylko bardzo subtelną analizą damsko-męskiego spotkania; powolnym zapisem stopniowego budowania więzi i intymności, tam gdzie z założenia (z wolicjonalnego nadania), być jej nie może.
Film Urszuli Antoniak rozgrywa się w wolnym, spokojnym rytmie. Bohaterowie są zawieszeni w surowym krajobrazie irlandzkiego wybrzeża, w całym filmie jest tylko jedna scena zbiorowa, nie ma ani jednej sceny seksu, bo bohaterowie ze sobą nie sypiają. No i nie ma happy endu. Są świetne zdjęcia, dopracowana ścieżka dźwiękowa, fantastycznie obsadzeni aktorzy. Przeszkadzały mi w tym debiucie tylko niepotrzebne śródtytuły dopowiadające całość historii. Nothing Personal zdobył już wiele nagród na festiwalach filmowych (m.in w Locarno, Utrechcie) i bardzo się cieszę, że mogłam zobaczyć ten film w ramach tegorocznego WFF-u. Dobrze też się stało, że reżyserka wyemigrowała do Holandii. Tu nikt na tak kameralny, oszczędny, psychologiczny film, który da się streścić właściwie w jednym zdaniu, pieniędzy by nie dał. Już widzę te argumenty: kogo interesuje historia jakiejś dziewczyny, która ma problem (czy aby nie wydumany? Widz nie wie, co się stało, nic nie wiadomo o bohaterce!), jedzie do Irlandii (dlaczego do Irlandii?) i poznaje tam dużo starszego mężczyznę, w którym się zakochuje (kogo to zainteresuje, do jakiego widza to jest skierowane?).
To potwornie irytujące, że w Polsce nie ma miejsca na subtelne, inteligentne, obyczajowe kino.

Reklamy

One response to “Prosty film o miłości?

  1. ej monika wez napisz cos bo nima co czytac w chalupie jak zimno i mrozem zawiewa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s